Zapraszam Was
w podróż
śladami Wiktorii i Dagmary. Tam, gdzie nie mogłam
dotrzeć sama, dotarli moi przyjaciele. Gdy zdjęcie
nie pochodzi z moich archiwów, jest podpisane
nazwiskiem fotografa.
|

Na zdjęciu: Sangoma z uczennicą.
„Drewniane drzwi uchyliły się i pokazała się
w nich stara kobieta. Była tęga, jej wielkie, ciężkie piersi
zakrywał jedynie naszyjnik z kolorowych koralików. Jej nogi,
od kostek po kolana, zdobiły bransolety, opaski, koraliki.
Kobietom z ludu Ndebele i wielu innych ludów zakładano takie
ozdoby na nogi, gdy zaczynały wchodzić w okres dojrzewania.
Nie dało się ich później zdjąć. Miały im uniemożliwiać
bieganie i utrudniać chodzenie, by przypadkiem nie uciekły
od mężów. Sangomy nie miały od kogo uciekać. Nie wolno im
było wychodzić za mąż, obowiązywała je całkowita
wstrzemięźliwość seksualna.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Białe lewki w creshu, czyli „żłobku” dla zwierząt. Białe
lwy to gatunek wymierający, w RPA żyje ich dziewiętnaście,
wszystkie z rezerwatach przyrody. Fotograf: Alina i Tomek Pszczółkowscy
„Wiktoria roześmiała się. Ani ona, ani jej
siostra nie lubiły wizyt w parkach safari. Lubiły głaskać
małe lewki w creshu, ale oglądanie zwierząt przez
szybę było dla nich najnudniejszym zajęciem, jakie mogli
wymyślić dorośli.”
|
|
|
|
|

„Przylądek był jednak ciekawy – prócz
ogromnej ilości zawsze głodnych
i pokrzykujących pawianów było tam mnóstwo kolorowych
jaszczurek i węży. Wiktoria pamiętała gąsienicę, która tak
zachwyciła ją swym pięknem, że chciała ją zabrać ze sobą do
domu. Było to długie na dziesięć centymetrów zwierzątko, z
czarnym tułowiem
i niezwykle włochatymi bokami. Obie strony jej ciała
pokrywały długie, żółto-pomarańczowe włosy. Tak, to
zdecydowanie było jedyne pełzające zwierzę, jakie
kiedykolwiek miała ochotę dotknąć, pozostałe wolała oglądać
na odległość.” |
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Przylądek
Dobrej Nadziei, wzburzony Ocean Atlantycki.
„Przewodnicy zawsze opowiadali turystom, że
to tutaj łączy się Atlantyk z Oceanem Indyjskim. W
rzeczywistości oceany łączyły się prawie dwieście kilometrów
dalej, na Przylądku Igielnym. Niemniej turyści płacili za
ciekawe doznania, więc przewodnicy niezmiennie wskazywali im
jasną wodę w połowie półwyspu i ciemną na końcu. Woda była
dokładnie taka sama i należała do tego samego oceanu, z tą
tylko różnicą, że wydawała się ciemna tam, gdzie dno było
kamieniste.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Pingwiny na Przylądku Dobrej Nadziei.
„- Czy nadal są tam te małe pingwinki? –
spytała Wiktoria. – Pamiętam nasze rozczarowanie, jak je
zobaczyłyśmy. Myślałyśmy, że pingwiny są dwa razy większe!
Rodzice musieli nam tłumaczyć, że jest wiele rodzajów
pingwinów i te wcale nie są gorsze od dużych!
- Tak, nadal tam są, choć już nie ma tylu
turystów co dawniej – westchnęła Linda. – Gdy zaczęły się
zamieszki między Zulusami i Khosa, bogaty Johannesburg
przeniósł się tutaj. Turystów jednak ubyło. – Cóż, teraz my
oglądamy pingwiny! – dodała."
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Kapsztad,
ekskluzywne Victoria & Albert Shopping Center.
„Wysiadła z samochodu i umówiła się z Lindą
za cztery godziny. Chciała mieć czas, po prostu poplątać się
wśród starych domków zbudowanych przez kolonizatorów
holenderskich i brytyjskich ponad dwieście lat temu. Było to
jedno z bardzo niewielu miejsc w Afryce, gdzie mogła czuć
się bezpieczna. Przynajmniej tak jej się wydawało.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Kapsztad, fragment
Waterfront.
„Rozejrzała się wokół. Wszystko wyglądało
tak, jak pamiętała – czerwona wieża z zegarem, białe i
niebieskie domki, kramy z pamiątkami i ekskluzywne
Victoria and Albert Shopping Centre stojące wzdłuż
kanału.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Znak ostrzegawczy, w wodzie
widać grzbiety hipopotamów.
„Wiktoria rozejrzała się wokół. Po obu
stronach drogi falowała woda. Wiatr marszczył powierzchnię.
Przy drodze stał trójkątny znak drogowy ostrzegający przed
hipopotamami i krokodylami. Mimo że widziała taki znak
wcześniej, uśmiechnęła się. W końcu dla Europejczyka mógł
być całkiem zabawny.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Karoo, czyli „Wielkie Nic” przez tubylców
nazywane „Ziemią Wielkiego Pragnienia” (The Land of the Great Thirst).
„Dotarli do Karoo. Krajobraz rzeczywiście
był księżycowy. Płaska przestrzeń nie dająca się ogarnąć
wzrokiem. Spalona słońcem trawa, trochę krzewów i co jakiś
czas „płaskie” góry. Cała ta wielka równina była upstrzona
górami stołowymi, wyglądającymi jak porozrzucane zabawki
olbrzymów. Strome stoki wyrastały ni stądm, ni zowąd ze
spalonej słońcem równiny, by nagle się kończyć, jakby ktoś
je obciął nożem.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Stado dzikich psów.
„Obecność ludzi nie była im potrzebna.
Chłonęli otaczający ich krajobraz. Robert uwielbiał wielkie
przestrzenie, jeszcze bardziej lubił zwierzęta. Minęli
również stado łaciatych dzikich psów z okrągłymi uszami i
ostrymi zębami. Leniwie wygrzewały się w zimowym słońcu.
Przez Karoo można było jechać godzinami, nie napotkawszy
żadnego samochodu.”
|
|
|
|
|
Na zdjęciu: Struś złośliwie zagradzający
drogę mojemu samochodowi.
„- A wiesz, że strusie spełniają tu rolę
psów obronnych?
- Co?!
- Tak, właśnie dlatego, że są takie
agresywne. Wypuszcza się je na noc z zagrody
i strzegą domostwa. Podobno nikogo nie wpuszczą i nie dadzą
się przekupić kiełbasą.”
|
|
|
|
|
 
Na zdjęciu: Przykład malowideł buszmenów.
Grota w Karoo.
„Podjechali do góry i wysiedli z auta. Po
krótkich oględzinach spostrzegli dziurę w skale. Weszli do
środka, Robert zapalił latarkę i oświetlił wnętrze. Ściany
pokrywały portrety polujących mężczyzn, namalowane
rdzawo-czerwonym barwnikiem. Rzucali dzidami w rogate
antylopy o brązowych grzbietach i białych brzuchach.
Uciekające zwierzęta przypominały springboki.
- Niesamowite – wyszeptała Wiktoria. –
Malowidła buszmenów. Popatrz, jakie idealne. Te gazele... i
myśliwi. Wyglądają jak żywi. I jak dobrze zachowały kolory.
Mogą mieć nawet tysiąc lat i może jesteśmy pierwszymi
ludźmi, którzy je oglądają.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Krzyż inkaski, który kupiłam od
szamana z Peru.
.
„Robert sięgnął pod golf i wyjął łańcuszek.
Rozpiął go i położył na dłoni. Były na nim dwie obrączki i
krzyż. Niezwykły krzyż zrobiony z czarnego kamienia.
Szerokie ramiona były równej długości, między nimi były
dodatkowe, małe, kwadratowe, a po środku wyrzeźbiono otwór w
kształcie koła. Na nim obrysowany był biały trójkąt.
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Góry Smocze
(Drakensberg).
„Droga prowadziła przez majestatyczne góry
wznoszące się wysoko w niebo, ale nie sięgające chmur. Góry
Smocze należały do jednych z najstarszych na świecie i czas
albo bogowie, jak wierzyli tubylcy, ściął ich wierzchołki.
Bryły skalne były porozrzucane na przestrzeni niedającej się
ogarnąć wzrokiem. (...) Podnóża gór porastały drzewa
i krzewy. Każdy skrawek piachu pochłaniała Matka Natura. Na
maleńkich półkach skalnych rosły pojedyncze drzewa, które
oplatały skałę korzeniami. Zatrzymali samochód, by nacieszyć
się tym widokiem. Wokół nich nie było żywej duszy.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Formacje
skalne w Mpumalandze, kanion rzeki Blyde.
„Dwie godziny później byli w sercu kanionu
rzeki Blyde. Jeśli można powiedzieć, że Bóg lub Matka Natura
mają swoje lepsze i gorsze dni, dzień, w którym stworzyli
kanion, był jednym z najlepszych. Wysokie skały stały
dumnie, błyszcząc w zimowym słońcu. Czas, wiatr i woda
wygładziły ich boki, ukazując skały we wszystkich kolorach.
Czerwień przenikała się z pomarańczem, żółć z delikatną
zielenią.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Potholes, kanion
rzeki
Blyde.
„Między skałami płynęła bystrym nurtem rzeka
Blyde. Tam, gdzie dopływy walczyły o dominację z Blyde,
skały musiały ustąpić naporowi wód. Woda wyżłobiła w nich
dziury, przez które z pluskiem parła do przodu. Skały
tworzyły mosty i tunele, małe, kamienne wysepki, a woda
płynęła wartko przed siebie. Miejsce to zasłużyło na nazwę
Potholes, czyli dziury. Była pora sucha, a to
oznaczało nieskończony błękit nieba. Powietrze było
przejrzyste, a słońce odbijało się w nurcie rzeki.”
|
|
|
|
|

Na
zdjęciu: Tree Rondavels, kanion rzeki Blyde.
„Stanęli na skraju góry, nad stromą
przepaścią. Wiktoria westchnęła z zachwytu. Pamiętała ten
obraz z dzieciństwa, nic nie było w stanie go zatrzeć. Trzy
okrągłe skały dominowały nad otoczeniem. Od góry przykrywały
je stożki częściowo porośnięte trawą. To swojemu osobliwemu
kształtowi zawdzięczały nazwę. Rondavel oznaczało
murzyńską, okrągłą chatę krytą strzechą. Nad nimi pojawiło
się kilka niewielkich obłoków. Na deszcz trzeba będzie
poczekać do października. (...)
- Doskonałe, prawda?
– usłyszeli za sobą.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Hipopotam prezentujący śmiercionośne zęby. „- Jakie słodziuchy – powiedziała Wiktoria. – I
kto by pomyślał, że to takie groźne zwierzęta.
- Tak, ciekawe dlaczego natura wyposażyła
trawożerców w zęby myśliwych – odparł Robert.
- Cóż, na myśliwych to one są zdecydowanie za
grube i za wolne, ale muszą się czymś bronić i nie życzę
nikomu, by padł ich ofiarą. Te zęby potrafią rozerwać
człowieka na strzępy w kilka minut – powiedział Johny.”
|
|
|
|
|

Na zdjeciu: Stado żyraf.
„- OK, poddaję się – powiedział Craig. -
Lepiej popatrzcie na prawo, zobaczcie, jakie piękne żyrafy,
cała rodzina.
Faktycznie,u podnóża gór, na szerokiej
sawannie rosło kilka akacji. Stado żyraf pasło się tam
spokojnie, zupełnie nieświadome toczącej się obok dyskusji.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Wioska murzyńska, dzieci gotują papkę
kukurydzianą.
„Wioska składała się z chat zrobionych z
patyków. Półokrągłe dachy pokrywały kawałki skór, szmaty i
foliowe worki, mające chronić mieszkańców przed deszczem.
Stały na gołej ziemi, na której nie było jednego źdźbła
trawy. We wsi nie było również żadnych drzew. Porastały za
to okoliczne wzgórza. Mieszkańcy nie widzieli sensu w
ozdabianiu wsi roślinami, skoro wokół było ich tak wiele.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Addis
Abeba, stolica Etiopii, podmiejskie slumsy. Tu ludzie żyją,
handlują, umierają.
„By wjechać do miasta, musieli minąć
kilometry blaszanych domków tonących w śmieciach i odpadach.
Ludzie ze slumsów nie przywiązywali uwagi do estetyki
miejsca, w którym żyli. Ich umysły zaprzątały znacznie
poważniejsze problemy.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Zagroda
dla kóz w murzyńskiej wiosce.
„Obok rosło drzewo avocado, ale nikt nie
jadł jego owoców. Spadały na ziemię, gniły, z niektórych
pestek wyrastały nowe drzewa. Czasem koza skubnęła zielony
owoc.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Kościół pod wezwaniem św.
Jerzego w Lalibeli, Etiopia.
Fotograf: Tomasz Chojnacki
„- Co się stało? – spytał zafrapowany
Bernard.
- Święty Jerzy nawiedził go w nocy i
poskarżył się, że nie ma kościoła pod jego wezwaniem.
- Święty Jerzy? Ten, co smoka włócznią
pokonał?
- A jakże, ten sam. Odwiedzał go nocy kilka
razy, aż w końcu Lalibela zrozumiał, że to nie sen, i kazał
zbudować świątynię najwspanialszą ze wszystkich – krzyż
wykuty w skale, w głąb ziemi i poświęcił go świętemu
Jerzemu. Pokażę ci go po południu, gdy pójdziemy umieścić
Matkę w jej nowym domu.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Jedna ze świątyń wykutych w
skale w Lalibeli.
Fotograf: Tomasz Chojnacki
„Po obiedzie wraz z królem i najstarszym
rangą templariuszem Bernard udał się do świątyń. Tak jak
obiecał stary templariusz, były to dzieła sztuki
najpiękniejszej roboty, wkute głęboko w skałę, z wejściami
ukrytymi przed niechcianymi gośćmi. Bernard zrozumiał,
dlaczego nazywano to miejsce Nowym Jeruzalem.
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Fragment księgi przechowywanej w
Lalibeli, spisanej w języku amharskim.
Fotograf: Beata Skorupa
„- Ależ to jest amharski! – wykrzyknęła. –
Język Etiopii! Spójrz, Dagmara. Pamiętasz, jak ciocia Anissa
uczyła nas pisać po amharsku, jak byłyśmy dziećmi? Mówiła,
że to najpiękniejszy alfabet świata i bawiłyśmy się nim
godzinami, a dzięki temu ona i mama mogły rozmawiać w
spokoju! Pamiętasz?
Dagmara wzięła szkło powiększające i
obejrzała blaszki. Zobaczyła znajome znaki przypominające
pozwijane wstążki. Faktycznie, alfabet amharski mogła uznać
za najpiękniejszy na świecie, przynajmniej wśród tych,
które widziała.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Placek injera z typowymi dla
Etiopii dodatkami.
Fotograf: Beata Skorupa
„Służąca weszła do pokoju i oznajmiła, że
obiad będzie gotowy za piętnaście minut. Anissa
zaproponowała, by się odświeżyli, i wskazała im ich pokoje.
Gdy wrócili, zaprosiła ich do stołu.
- Mój mąż jest w podróży służbowej w Dubaju,
zjemy więc sami. Postanowiłam poczęstować was lokalnym
przysmakiem – podniosła pokrywę znad półmiska. – To jest
injera, placki, na które nakłada się mięso, warzywa,
sosy, a potem je to wszystko razem. Uważajcie na ten
czerwony sos, jest naprawdę ostry.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Grupa kapłanów w Lalibeli.
Fotograf: Beata Skorupa
„Pobyt w Lalibeli przeniósł ich w zupełnie
inne czasy. Samolot, którym przylecieli, pochodził z innej
rzeczywistości niż miasteczko ze swymi średniowiecznymi
świątyniami, podziemnymi tunelami, zapachem kadzidła i
palonych świec. Owinięci w długie szaty kapłani wędrowali
ulicami, medytowali, siedząc w kucki, modlili się w
kościołach. Nie dostrzegli wśród nich żadnych kobiet.”
|
|
|
|
|

Na zdjęciu: Kapłan z Lalibeli trzymający
krzyże etiopskie. Krzyż po lewej symbolizuje „drzewo życia”.
Zielone i czerwone płótna na dole krzyży osłaniają część
symbolizującą Arkę Przymierza.
Fotograf: Beata Skorupa
„Krzyże etiopskie mają najbardziej osobliwe
kształty i osobie, która nie wie, czym są, w ogóle krzyży
nie przypominają. Niektóre mają kształt drzewa i nawiązują
do legendy o Drzewie Życia, które podobno zasadzono na
grobie Adama, pierwszego człowieka, i które rosło w Etiopii
tysiące lat, aż wykonano z niego laskę Mojżesza, tę, którą
rozdzielił wody Morza Czerwonego. Z głównego pnia krzyża
wyrastają dwie gałęzie podtrzymujące koronę, w którą wpisany
jest równoramienny, bogato zdobiony krzyż. Inne nawiązują
swym wyglądem do Arki Przymierza i mają u podstawy kwadrat
albo romb.”
|
|