|
Zastępcza
rezydencja ambasadora należała do najlepiej zachowanych domów
postkolonialnych i znajdowała się w dobrej dzielnicy. Mimo iż
dom nie był duży, w zupełności wystarczał na potrzeby trzyosobowej
rodziny. Matka i córka oswajały pomału nowe miejsce, zastanawiając
się nad jego przeszłością. Jednak ani gosposia, ani kierowca
nie umieli powiedzieć nic na temat dawnych mieszkańców. Oglądały
więc nieliczne stare obrazy na ścianach, dotykały delikatnie rzeźbionego
oparcia sofy, kładły głowę na poduszkach, zastanawiając się, jakie
marzenia snuły na nich poprzednie mieszkanki. Bella wiedziała,
że dom ma jeszcze strych, ale nie zdążyła tam zajrzeć. Postanowiła
zrobić to dzisiaj. Założyła ciemne dżinsy, czarną koszulkę i pełne
buty. Nigdy nie wiadomo, co może pełzać po podłodze. W końcu była
w Afryce, a tu owadów i węży było pod dostatkiem. Wzięła również
latarkę. „Prawdziwa wyprawa” – pomyślała i rozbawiła ją ta myśl.
Po krętych schodach wspięła
się na górę. Przyjrzała się stopniom i barierce. Stopnie schodów
były tak ciemne i wyślizgane, że z pewnością pochodziły z bardzo
dawnych czasów. Barierka niestety była nowa i z przykrością zauważyła,
że stolarz, który ją wykonał, nie
przyłożył się za bardzo do pracy. Dziwne, że obecnemu właścicielowi
to nie przeszkadzało. Stanęła przed zamkniętymi na haczyk drzwiami.
Haczyk dał się z łatwością unieść i Bella pchnęła stare drzwi.
Zaskrzypiały lekko i ustąpiły. Ostrożnie zajrzała do środka.
W pierwszej chwili nie zobaczyła
niczego. Pomieszczenie wyglądało na nieodwiedzane przez wieki,
pełne kurzu i dusznego powietrza. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się
do mroku, podeszła do małego okienka i otworzyła je. To samo zrobiła
z pozostałymi. Sklepienie było niskie, dach nie izolowany, więc
upał dawał się mocno we znaki. Gdy patrzyło się z dołu, z ulicy
czy ogrodu, okna były ledwie dostrzegalne – niewielkie, owalne
lusterka odbijające słońce. Od wewnątrz wyglądały jak tajemne
drzwi do świata światła i wiatru. By je uchylić, musiała przedzierać
się przez złomowisko gratów.
– Boże, czy nikt tu nigdy
nie wchodzi? – spytała na głos.
Rozejrzała się wokół. Tuż
obok jej nóg znajdowała się stara lampa pokryta pajęczyną. Na
wszelki wypadek poświeciła latarką w poszukiwaniu właściciela
pajęczyny, ale wyglądało na to, że nie żył od kilkudziesięciu
lat. Jednak doświadczenie nauczyło ją, że należy zachować ostrożność.
Nigdy nie wiadomo, które stworzenie może być jadowite.
Wokół niej stały zakurzone
okrągłe pudła na kapelusze, odrapany stół i coś, co przykuło jej
uwagę natychmiast. Wielka, drewniana skrzynia pomalowana niegdyś
na zielono, stała na uboczu, jakby czekała, by ktoś do niej podszedł.
Coś ją ciągnęło w tamtą stronę. Spróbowała
podnieść wieko. Było zbyt ciężkie, a może to łuszcząca się farba
zablokowała zamek. Sięgnęła po leżący w pobliżu pręt i podważyła
pokrywę.
Wstrzymała oddech. W środku,
na stercie starych sukien leżał oprawiony w brązową skórę zeszyt.
Wzięła go do rąk, zdmuchnęła kurz i ostrożnie otworzyła. Na wewnętrznej
stronie okładki było przyklejone zdjęcie młodej kobiety. Bellę
uderzyło niezwykłe ujęcie.
Kobieta miała rozpuszczone,
ciemne włosy, opadające luźno na ramiona i uśmiechała się do fotografa.
Zdjęcie sygnowane datą 12 lipca 1905 roku z pewnością nie było
utrzymane w konwencji swoich czasów. Bella pamiętała zdjęcia swoich
prababek. Wszystkie siedziały sztywno z włosami upiętymi w kok
i poważną miną. To ujęcie wyglądało jakoś tak swobodnie i może
dlatego zdjęcie znalazło się w dzienniku, zamiast stać na półce
w ramce. Sto lat temu pokazane publicznie wywołałoby skandal.
Spojrzała na stronę obok. Elizabeth
Humpstead. Angielka wśród Francuzów. Dziennik afrykański.
Bella usiadła na skrzyni i
zapadła się w suknie. Natychmiast podskoczyła przerażona, pamiętając
jak w swej bieliźnie w Nigerii znalazła węża. Rozejrzała się wokół.
Na razie nie chciała znosić dziennika na dół. Usadowiła się na
starym stole, starłszy uprzednio kurz halką wyjętą ze skrzyni.
Przewróciła pierwszą stronę...
Bamako, 2 lipca 1905 roku.
Dzisiaj kończę dwadzieścia cztery lata i gdyby moja droga matka
żyła, powiedziałaby mi, że jestem starą panną i nie dbam o opinię
o rodzinie. Choć bardzo za nią tęsknię, cieszę się, że nie muszę
słyszeć tych słów. Ojciec już dawno pogodził się z faktem, iż
nie pozwolę się wydać za mąż tylko dlatego, że tak wypada, i dał
mi prawo do decydowania o moim życiu. Bardzo mu jestem za to wdzięczna.
Gdy przybyłyśmy tu z matką
cztery lata temu, sądziłyśmy, że zostaniemy kilka miesięcy i wrócimy
do Londynu. Niestety zabrała ją malaria, mimo usilnych starań
doktora Mirabeau, który z całych sił walczył, by ją uratować.
Ojciec przebywał wtedy w górach na granicy pustyni i badał dzikie
zwierzęta. Doktor Mirabeau przychodził najpierw raz dziennie,
potem dwa lub trzy i śmiem podejrzewać, że nie chodziło mu tylko
o zdrowie matki. Myślę, że mam rację, gdyż rozmawiał ze mą długo
za każdym razem i ciągle powtarzał, jak niezwykłą niewiastą jestem
i jaką mam wiedzę. To prawda, dzięki podróżom ojca i ku jego radości
(ku rozpaczy zaś matki), czytałam wszystkie książki napisane przez
podróżników, jakie udało mi się kupić w Londynie. Były to zarówno
łacińskie teksty Ptolemeusza, który myślał, że Niger płynie na
zachód, jak i listy mojego ojca, zawsze obfitujące w rozliczne
informacje, których żadna kobieta w naszej rodzinie prócz mnie
czytać nie chciała.
„Nie rozumiem, co cię
mogą obchodzić dzikusy biegające po pustyni – mawiała matka, a
ciotki dodawały: Zupełnie nie pojmuję, po co Henry opisuje nam
te wszystkie zwierzęta! Czyż nie ma tam nic ciekawego?” (…)
Dla mnie listy ojca były najciekawszą lekturą mojego dzieciństwa.
(…) Matka nie okazywała entuzjazmu, ale mnie gnało w dal, dal
palącego słońca, spieczonej ziemi i czarnych ludzi. Ludzi, którzy
wiedli ciężki żywot, byśmy my mogli wieść lekki. Tych przemyśleń
oczywiście również nie wypowiadałam na głos, ale tak wynikało
z listów mojego ukochanego ojca.
I tak oto jestem tu, wspominając ostatnie cztery lata, rozmyślając
o odejściu matki, która, co prawda, mnie nie rozumiała, ale –
w przeciwieństwie do innych matek – pozwalała ojcu na moją edukację;
myśląc ciepło o doktorze Mirabeau, który mógł być tylko moim przyjacielem,
gdyż miał już żonę i dwie córki, i zastanawiając się, co będzie
dalej. (…)
Bella podniosła wzrok znad zeszytu. Nie mogła uwierzyć własnym
oczom. Czyżby w opuszczonym zakamarku domu znalazła kogoś, kto
pomoże jej oswoić samotność? Jakże niezwykła musiała być ta kobieta,
skoro uśmiechała się na zdjęciu, nosiła rozpuszczone
włosy, dyskutowała z lekarzem i nie poddała się presji wyjścia
za mąż! (…)
Pospiesznie przerzuciła kartki
dziennika. Były cienkie i pożółkłe, ale zachowały się w dobrym
stanie. Suche powietrze Sahelu dobrze zakonserwowało papier. Jakimś
cudem nie pożarły go też szczury. Na myśl o szczurach, które w
Afryce potrafią osiągać rozmiary małego królika, Bella rozejrzała
się ze swego stanowiska na stole i postanowiła jednak wrócić do
własnego pokoju.
|